piątek, 20 stycznia 2012

Ptasi targ

Ostatnio zmieniłam sposób poruszania się po mieście moim pięknym, fioletowym rowerem. Znam już na pamięć wszystkie najkrotsze i najprostsze trasy do ważniejszych miejsc, więc postanowiłam zejść z utartych szlaków i się... pogubić. Wyjeżdżam więc na główną drogę tylko po to, żeby skręcić w pierwszą lepszą, wąską uliczkę i zobaczyć zupełnie inne oblicze Jogjy. Ciche, spokojne zaułki, małe, kolorowe domki i grupki dzieci grające w piłkę pomiędzy polami ryżowymi. A wszystko to w samym centrum miasta. Zapominam się więc, tracę z oczu cel podróży i ciągle tylko znajduję coraz mniejsze i mniejsze uliczki i trudniej dostępne zakamarki. Tam właśnie jest najpiękniej!


Codzienna porcja wiadomości


Pola ryżowe w środku miasta


Kino sąsiedzkie :)

Fotel bujany własnego projektu :)

Dzisiaj tym mniej więcej sposobem dojechałam na Targ Ptasi. Choć według mnie powinien się raczej nazywać Targiem Wszystkiego Co Żyje i Dało Się Zamknąć w Klatkę, bo kupić tam można o wiele więcej. Oprócz kur, kogutów (zapewne bojowych), kaczek, gęsi i ptaków szczęścia (klatka z taką niewielką jakby synogarlicą wisi praktycznie przed każdym domem), znajdziemy psy, koty, szczury (tak, w kraju, w którym wciąż bezskutecznie próbuje się je wytępić!), chomiki, wiewiórki, gekony i jaszczurki a także węże we wszystkich rozmiarach, jadowite pająki, świerszcze, skorpiony, sowy a nawet nietoperze! (po co komu prywatny nietoperz wielkości małego kota?). Poza tym oczywiście dostaniemy wszystko, co zwierzakom do życia potrzebne.


Świerszcze
Baaardzo duże nietoperze

Dla mnie osobiście wycieczka niezwykle ciekawa (bo zobaczyć tyle egzotycznych zwierzaków w jednym miejscu to naprawdę coś!) ale i przykra - obrońcy praw zwierząt mieliby tam co robić... Oczywiście wszystkie zwierzęta są stłoczone w za małych klatkach, wiele wygląda na chore, zmarnowane i przerażone. Wszystkie, które są wstanie zjeść banana karmione są bananem i tylko bananem. Wyjątek stanowią sowy, które z kolei żywią się tym, co akurat zdechło w klatce obok (np. mniejszymi ptakami). Nie dziwne, że w takich warunkach często dochodzi do bójek wewnątrz klatek, dziwi mnie natomiast, że ktoś takie "zużyte" zwierzęta jeszcze chce kupować...

Sowa wśród swoich ofiar
Martwe ptaki na klatce z tymi, które jeszcze żyją

Jogja na rowerze

Wbrew temu, co by się mogło wydawać (ja przynajmniej ruszając po raz pierwszy na rowerze przez to ruchliwe, azjatyckie miasto byłam lekko przerażona), Jogja jest całkiem przyjazna rowerzystom. Śmiem twierdzić, że bardziej niż np. Warszawa, choć nikt tu nie walczy o budowę ścieżek rowerowych.

Ścieżek jako takich co prawda nie ma, ale często skrajny, lewy pas jest przeznaczony dla rowerów i choć sporo w nim studzienek kanalizacyjnych i dziur, zawsze to jednak "swój kawałek drogi".
No i samochody się czasem wpychają...

Drugą rzeczą, która pozytywnie mnie zaskoczyła jest "ruang tunngu sepeda" - miejce oczekiwania dla rowerów, czyli kawałek jezdni przed linią zatrzymania dla samochodów i motorów, gdzie rowerzyści czekają na zielone światło. Bardzo ułatwia to start, no i nie trzeba stać między autobusem a ciężarówką z twarzą w spalinach motoru z przodu. Kolejne ułatwienie to system alternatywnych tras dla rowerów, łączących większe ulice. Co i rusz przy głównych drogach widać strzałki kierujące rowerzystów mniej ruchliwymi trasami, często "na skróty".

Ale jak to Azji bywa, ważniejsze od przepisów i obowiązujących praw są zasady niepisane, których nie da się nauczyć inaczej, niż przez doświadczenie. I tak, po 4 miesiącach przemierzania Jogjy na rowerze uważam, że zupełnie nieźle opanowałam jazdę po azjatycku.

Najważniejsza zasada to: patrz przed siebie i pilnuj tego, co z przodu. Lusterek mało kto używa, wszystko polega na zaufaniu do jadących z tyłu. A jak w tym dzikim tłumie zmienić pas albo skręcić w prawo? Po prostu - wyciągasz rękę (w bogatszej wersji włączasz kierunkowskaz, choć ręka zawsze jest pewniejsza) i jedziesz wierząc, że ci, co jadą za tobą zrobią ci miejsce - i rzeczywiście to działa!

Potrafię już rozróżnić dźwięk klaksonu mówiący "gdzie jedziesz idioto!" od zwykłego "uważaj, wyprzedzam cię" czy uprzejmego "co z tego, że jeszcze czerwone, możesz już jechać" :). Niby tyle tu trąbią ale raczej nie zdarza się, żeby kierowcy się pokłócili, klaksony to ich sposób komunikacji na drodze, uprzejmy i uważam, że bardzo przydatny.

Do perfekcji opanowałam też prześlizgiwanie się w pomiędzy samochodami, omijanie korka chodnikiem czy jazdę pod prąd (bo czasem to najprostsze wyjście).
Umiem też jednocześnie pilnować drogi, uważać, żeby w kogoś nie wjechać, podziwiać widoki (a jadąc z południa na północ naprawdę pięknie widać wulkan Merapi!) i szukać przyjemnego miejsca na lunch a nawet robić zdjęcia. A wszystko to z kierownicą obwieszoną zakupami.

Myślę, że po powrocie do Polski ruch uliczny przestanie dla mnie stanowić jakikolwiek problem ;)

piątek, 23 grudnia 2011

Ahoj przygodo!

Wszystko skończyło się dobrze, po prawie dwóch dobach podróży, późną nocą dotarłam na Flores cała i zdrowa. Co prawda księdza jeszcze nie odnaleźliśmy (to byłoby zbyt proste) ale jutro z samego rana przygody ciąg dalszy - ruszamy dalej na wschód w pogoni za polską wigilią na końcu świata...

Posta pisałam na statku Sumbawa - Flores wczoraj po południu, wrzucam w takiej formie, w jakiej powstał:



No i stało się - utknęłam na końcu świata, wśród tłumów z maczetami, tuż przed świętami, po 30h podróży w bardzo "indonezyjskich" warunkach. Mrożąca krew w żyłach przygoda, godna opisania w książce, zaczęła się już w Denpasar (Bali). A miało być tak turystycznie, prosto i zupełnie nijako. Wykupiliśmy bilety na bezpośredni autobus Denpasar - Labuan Bajo (Flores) z wliczonymi promami pomiędzy wyspami. Cena wcale nie była niska, więc po wcześniejszych doświadczeniach spodziewaliśmy się klasy super executiv (tak zresztą się nasz autobus nazywał) z klimatyzacją, wygodnymi siedzeniami, DVD, posiłkami itp. - choć po trzech miesiącach w Indonezji powinniśmy już wiedzieć, że nie należy niczego oczekiwać!

Autobus miał wyruszyć o 3:00, spóźnił się 4h ale do tego już zdążyliśmy przywyknąć. Jechał z Jakarty, więc był praktycznie pełen, kazano nam poczekać, aż wysiądą ludzie ale jakoś nie wysiadali. Mimo to w końcu nas zaproszono do środka i wtedy wszystko stało się jasne (a powinniśmy się przynajmniej zdziwić, że udało nam się dostać 10 biletów jeszcze na ten sam dzień i, że można je było kupić u 5 różnych pośredników jednocześnie)... Autobus był pełen, miejsca dla nas znalazły się tylko dlatego, że 10 Indonezyjczyków wyproszono z miejsc i posadzono na skrzyniach, półkach i stołkach. Ponadto tak: trzy osoby siedziały razem na dwóch siedzeniach, na mnie lała się woda z sufitu a na kolanach leżały siedzenia z przodu, które nie były nawet przytwierdzone do podłogi. Siedzenie Kasi zwiększało stopień rozpadu za każdm razem, kiedy ktoś na nim stanął próbując przeskoczyć górę plecaków, bo nie zmieściły się do bagażnika. Wszyscy siedzieliśmy na końcu, obok toalety, więc atmosfera nie była zbyt zachęcająca. Klimatyzacja oczywiście nie działała, DVD chyba nigdy ten autobus nie widział. W takich warunkach miało spędzić najbliższe 36h 10 Polaków, z których większość właśnie się poznała.

Bus klasy Super Executiv o dumnej nazwie "Świat Złota" - w środku nie wyglądał tak dobrze...

Zaczyna się ciekawie? To dobrze, potem było już tylko gorzej :)

Po nocy spędzonej na dworcu większości z nas udało się przespać pierwszą część podróży (dojazd do portu i prom na Lombok). Potem czekała nas miła niespodzianka - bardzo marnej jakości i w niewielkich ilościach ale darmowy - posiłek. I nawet wodę dali do popicia ;] do tego gratis ponad godzinny postój na chłodzenie silnika (widocznie upał źle mu robi). Znów skakanie przez plecaki, znów raczej nieudane próby drzemki i znów wyskakiwanie i przeprawa kolejnym promem na Sumbawę. Tu zaczęła się najbardziej męcząca część drogi. A właściwie bezdroży, bo większość dróg na Sumbawie jest... w planach. Potworna niewygoda, woda kapiąca z sufitu wprost na mnie i niewyobrażalne wertepy nie pozwoliły mi zasnąć przez całą noc. Nad ranem okazało się, że choć to ciężka droga, widoki zapewnia przepiękne - Sumbawa jest chyba najładniejszą wyspą jak do tej pory a to przez dzikie ilości zieleni dookoła i pierwszy chyba odcinek drogi w Indonezji, który nie prowadził między rzędami domów, domków i chatynek tylko po prostu przez pola (ryżowe oczywiście). Do tego Sumbawa jest bardzo górzystą wyspą, więc ostre skały, głębokie doliny i tarasy ryżowe robiły naprawdę niesamowite wrażenie oświetlone wschodzącym słońcem.

Dotarliśmy do Bimy, gdzie wysiadła większa część pasażerów. Stąd już tylko dostać się do Sape, skąd 8h płynie się promem do Labuan Bajo i jesteśmy! Myśl o promie, gdzie można będzie się wreszcie położyć i jako tako umyć trzymała nas przy życiu już od dabrych paru godzin. Ale to Indonezja, więc nie może być przecież tak łatwo. Wysadzono nas z naszego "Super Executiv Bus" razem z bagażami i kazano wsiąść do lokalnego busika, gdzie bagaże jechały przywiązane na dachu a połowa z nas siedziała w niesamowitym ścisku na plastikowych stołkach pomiędzy siedzeniami a otwartymi drzwiami, za którymi przez większość drogi była już tylko kilkuset metrowa przepaść. Tak dojechaliśmy do portu w Sape, gdzie radośnie wyskoczyliśmy z autobusu wypatrując wymarzonego promu i ostatniego już etapu podróży.

Lokalny bus Bima - Sape i nasze bagaże na dachu

I tu czekała nas największa niespodzianka (jakże mogliśmy być tak naiwni, żeby oczekiwać, że wszystko pójdzie gładko po tym wszystkim przez co przeszliśmy?).

Promy na Flores zostały wstrzymane kilka dni temu, ze względu na zamieszki w porcie - powiedział pan ogarniacz w różowej koszuli - jak dopłacicie po 150tys. to mogę was zabrać łodzią rybacką (o względach bezpieczeństwa i łodzi wiozącej 400 nielegalnych emigrantów, która nie tak dawno zatonęła w tych okolicach to chyba nie słyszał, za to był bardzo dobrze wyćwiczony w robieniu ludzi w balona i wyciąganiu pieniędzy od białych).

Teraz czuliśmy się już naprawdę źli i oszukani po raz kolejny, bo nie wierzę, że pan w różowym nie wiedział o sytuacji w porcie. Udało nam się na szczęście odzyskać część (choć niewielką) pieniędzy po czym pożegnaliśmy pana mówiąc, że poradzimy sobie sami. Zwątpiliśmy, kiedy minęło nas kilka ciężarówek wypełnionych mężczyznami uzbrojonymi w maczety, długie noże i pałki. Przyjechali czekać na policję wysłaną przez rząd - mieli zmusić ich do porzucenia rodzinnej ziemi, bo odnaleziono w okolicy jakieś bogate złoża, które trzeba wykorzystać. Trzeba nam było się stamtąd zmyć.

Schowaliśmy się do pobliskiej restauracji, gdzie spotkaliśmy sporą grupę "bule" czekających na wznowienie kursowania promów już od trzech dni. Byli zdeterminowani, żeby w końcu się z Sumbawy wydostać, dlatego też już nieźle rozeznali możliwości. Jedna z łodzi transportujących cebulę i banany (tym razem porządna i wyposażona w kamizelki ratunkowe) miała odpływać jeszcze tego popołudnia. Cena nie była niska (200tys.) ale po przekalkulowaniu ile wydalibyśmy na hotel w oczekiwaniu na cud i z myślą o spędzeniu wigilii w porcie pełnym uzbrojonych mieszkańców szykujących się do bójki, zdecydowaliśmy się płynąć.
Statek miał odpływać dosłownie za parę minut a my tu jeszcze nie do końca spakowani (bo zdążyliśmy się zadomowić w hotelu) zaczęliśmy szaloną pogoń za jadyną szansą opuszczenia tego średnio przyjaznego miejsca. Dosłownie uciekając z hotelu kłóciliśmy się z obsługą, która zamknąwszy nas w środku żądała zapłaty za nocleg, jednocześnie łapaliśmy bryczki i przypadkowych ludzi na skuterach, żeby podrzucili nas do portu. Pan Hotelowy gonił za nami, krzycząc, że łódź już odpłynęła, i że chce pieniądze a my popędzaliśmy naszych kierowców, bojąc się, że nie zdążymy.
Na szczęście statek jeszcze stał (przecież to Indonezja, nic nie zaczyna się o czasie) a panu Statkowemu udało się załagodzić konflikt i przyjął nas na pokład.

Teraz siedzimy, leżymy, czytamy, piszemy, rozmawiamy, rozłożeni na słomie pomiędzy naszymi plecakami, workami z cebulą, bananami, kartonami pełnymi nie-wiem-czego i gdaczącymi kurami (przynajmniej mamy co jeść, jakby co ;). W sumie ponad 20 osób - poza nami Francuzi, Holendrzy, Belgowie i Anglicy, plus niewielki tłumek Indonezyjczyków.




Odetchnę z ulgą jak tylko uda mi się wreszcie wysiąść na Flores. Choć to nie będzie jeszcze koniec przygody, bo polski misjonarz, u którego mieliśmy nadzieję zatrzymać się na święta nie odpowiada na smsy, a po 22:00 może być ciężko ze znalezieniem noclegu...

sobota, 17 grudnia 2011

Nie ma mnie

Moi drodzy!
Aż mi wstyd pisać, bo mogę napisać tylko, że nic nie napiszę...
Zupełny brak czasu spowodowany był przeprowadzką, planowaniem i zwiedzaniem wszystkiego na ostatnią chwilę, bo nagle okazało się, że to już koniec kursu (tak, mój 6-cio miesięczny program skończył się 13 grudnia...) i mojej stabilizacji w Jogjy.

Od wczoraj jestem już na Bali, koczujemy u Kasi Ł. w kuchni na podłodze :)
Muszę przyznać, że choć nasłuchałam się jakie to Bali jest nieciekawe w porównaniu z innymi wyspami, na mnie zrobiło pozytywne wrażenie od samego początku. Znacznie bardziej tu zielono, spokojnie, wiejsko. Na każdym kroku fantastyczne hinduskie ołtarze i świątynki, przed każdym posążkiem ofiara z kwiatów i kadzideł. Udało nam się też poczuć magię Bali podczas nocnej ceremonii w świątyni hinduskiej w górach.
Plan naszej wyprawy obejmuje Bali, Lombok, Gili, Sumbawę, Komodo i Flores, gdzie chciałybyśmy spędzić święta :)
Póki co jednak leje jak z cebra, więc siedzimy uwięzione na podłodze w kuchni i czekamy na cud...

Nie wiem jak będzie dalej na wschód z internetem, więc jakbym miała już nie napisać, życzę wszystkim:

WESOŁYCH ŚWIĄT I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU
Śniegu, mrozu i choinki i dużo dobrego jedzenia na stole, niekoniecznie z ryżem :)

wtorek, 29 listopada 2011

Scena 3.

Tym razem Indonezyjczycy przeszli samych siebie...

Byliśmy na planie filmowym już o 7 rano, jakieś trzy godziny później (po obfitym śniadaniu i kilku kawach) kazali przebrać się w stroje z epoki (babcine sukienki można podziwiać na zdjęciach...) i czekać na naszą kolej. I tak spędziliśmy cały dzień śmiejąc się z siebie nawzajem i naszych uroczych kapeluszy. Po drodze dostaliśmy obiad, kawę, ciasteczka, kawę, przekąski i kawę i wynudziliśmy się do granic możliwości. Przed 18:00 powiedzieli nam, że to koniec zdjęć na dzisiaj, bo jest już ciemno, więc jak tylko zjemy kolację (którą właśnie podano), deser i wypijemy kawę to odwiozą nas do domu.

Oczywiście zapłacili za ten dzień i zapłacą za jeszcze jeden, bo przecież będą musieli nakręcić brakujące sceny :)
A nie są to małe pieniądze ani dla nich ani dla nas.




P.S. Wszystkie zdjęcia wrzucam teraz do jednego albumu, o tu: Indonezja, zajrzyjcie, można się nieźle uśmiać :)

piątek, 25 listopada 2011

Jak zostałam zakonnicą, gwiazdą indonezyjskiego kina i zarobiłam swój pierwszy milion.

Jak to dobrze, że w Indonezji też kręcą filmy i też potrzebują statystów. Niby jest tu mnóstwo bezrobotnych, chętnych żeby zarobić szybko i bezboleśnie ale co, jeśli akcja rozgrywa się w czasach kolonialnych? Skąd wziąć holenderskich żołnierzy, lekarzy czy choćby zwykłych mieszkańców? Na szczęście w Jogjy jest całkiem sporo zagranicznych studentów (i nie tylko studentów), którzy mają dużo czasu, wieczny niedostatek pieniędzy i zawsze są gotowi na przygodę. Tzw. bule-hunters zajmują się wyszukiwaniem takich właśnie ludzi i angażowaniem ich do statystowania a jeśli wykażą się talentem, nawet do prawdziwego aktorstwa.

Scena 1. Semarang
Moja przygoda z filmem w Indonezji zaczęła się parę tygodni temu, wyjazdem do Semarangu (załatwiła nam to koleżanka z uniwersytetu). Pojechał tam autokar pełen bule (w większości studentów Darmasiswy), umiejscowiono nas w hotelu i wybrano część osób, które następnego dnia miały się stawić na planie filmowym (o 4 rano, bo po co tracić czas). Ja nie znalazłam się w gronie "szczęśliwców". Co gorsza okazało się, że w najbliższym czasie w ogóle nie ma dla reszty zajęcia, więc po południu wracamy do domu. Jak im się opłaciło sciągać tylu niepotrzebnych ludzi - nie mam pojęcia. Ja przynajmniej miałam darmową wycieczkę do innego miasta - zapewniono transport, pełne wyżywienie i nocleg w hotelu (pierwszy ciepły prysznic od przyjazdu tutaj! :). No i wypłacono nam dniówkę, bo jakby nie było cały dzień tam spędziliśmy.

A podobno nic za darmo i pieniędzy za nie zrobienie niczego się nie dostaje :)

Scena 2. Magelang
Następny raz wyglądał jednak zupełnie inaczej. Późnym wieczorem dostałyśmy z Basią wiadomość, że jeśli możemy, ekipa przyjedzie po nas następnego ranka o 5:30. Ponieważ alternatywą na ten dzień były tylko nudne zajęcia, już po 6:00 (indonesian time...) mknęłyśmy do Magelangu. Na miejscu nie zdążyłam nawet zjeść śniadania, kiedy założono nam welony, wciśnięto w habity i przypięto do nich różańce - będziemy grać zakonnice...






Jest to film o pierwszym indonezyjskim, katolickim biskupie (Albertus Soegijapranata) i dzieje się w czasie agresji holenderskiej. Tego dnia kręcono sceny w szpitalu, gdzie ukrywali się uchodźcy (obecnie jest to szpital psychiatryczny). Wszystko wyglądało bardzo realistycznie, więc można było poczuć się jakby naprawdę był rok 1948. Udawałam więc przerażoną, kiedy wbiegli holenderscy żołnierze, pomagałam chorym i asystowałam indonezyjskiemu biskupowi ze sztuczną siwizną.





Spędziłam na planie cały, męczący dzień (a w habicie jest naprawdę piekielnie gorąco!) i zagrałam tylko w 3 scenach, które w filmie zajmą może 2 minuty a mnie widać będzie przez kilka sekund gdzieś tam w oddali albo i wcale. Mimo to było to bardzo ciekawe doświadczenie, atmosfera bardzo przyjemna, dużo dobrego jedzenia :) i ciekawych ludzi. Zobaczyłam jak wygląda powstawanie filmu "od środka", praca na planie i naprawdę zaczynam doceniać aktorów, którzy robią to na co dzień. No i jakby nie było - zagrałam w indonezyjskim filmie :D
Ponadto okazało się, że film kręci najbardziej znany indonezyjski reżyser, więc powinien być naprawdę dobry - mam nadzieję, że uda mi się go zobaczyć.

Scena 3.
Nadejdzie - w niedzielę jedziemy kręcić dalej :)

niedziela, 20 listopada 2011

Weekend i różnice kulturowe

Jak wyszłam z domu w piątek po południu, tak wróciłam w sobotę w nocy.

W ciągu doby zaliczyłam:
Bilard - miejsce trochę jak z amerykańskiego filmu - duża, pusta sala, przyćmione światła, dym papierosowy w powietrzu i kilka stołów bilardowych na środku. Nikt z towarzystwa w zasadzie nie umie grać ale to nie istotne :)

Karaoke - trudno to sobie wyobrazić, ale mają tutaj specjalne miejsca - coś jak kino - gdzie wynajmują salę ze sprzętem i przez 2-3 godziny potrafią wyć do mikrofonu. Sala jest mała, klimatyzacja nastawiona na 16 stopni i nie da się jej zmniejszyć a głośniki ustawione na maximum, więc uszy bolą. No i jeszcze się za to płaci i to wcale nie tak mało. Byłam, doświadczyłam i więcej się nie dam namówić...
KFC - w kraju, w którym na każdej uliczce jest co najmniej kilka naprawdę tanich i dobrych ulicznych restauracyjek, oni postanowili zjeść obiad w KFC, gdzie ani smacznie ani tanio...
Włamanie -  i to nie do mnie się włamano, tylko ja włamałam się do domu koleżanki u której mieliśmy nocować. Bo o dziwo o 2 w nocy brama była zamknięta a wszyscy w domu spali. Trzeba było więc przejść przez płot, wejść do domu, przedostać się do sypialni i koleżankę obudzić, żeby wpuściła resztę już trochę bardziej kulturalnie.
Plaża - jak plaża, nic specjalnego - piasek czarny, wiatr i fale takie, że o pływaniu nie ma mowy, sporo ludzi, jakieś stragany.
Ale był też bazar rybny. Kobiety sprzedawały tam chyba wszystko, co można wyłowić z morza! Ryby we wszystkich rodzajach i rozmiarach, małże, kalmary, ośmiorniczki, krewetki a nawet żywe jeszcze kraby. Dian z Rose nakupiły tych pyszności 4 siaty (było nas 12 osób) i zaniosły do plażowego warunga (restauracji), gdzie nam to wszystko przyrządzono. Śniadanie mistrzów :) Wszystkie owoce morza świeżutkie i przygowotwane bezbłędnie przez miejscowe kucharki. Po prostu palce lizać! I tak za 28tys. najedliśmy się po uszy. Najlepsze były chrupiące krewetki w cieście i ryby. Spróbowałam też kraba ale ta odrobina "mięska" nie była warta wysiłku jaki trzeba włożyć w wyłuskanie go z pancerza.


Dom Dian - już zawsze chyba będzie kojarzył mi się z jedzeniem :)
Znów gotowaliśmy, tym razem Pempek - tradycyjne danie z jej rodzinnego Palembangu (Sumatra). Są to kulki, wałki lub coś w rodzaju pierogów zrobione z masy, w której z całą pewnością były ryby i nie mam pojęcia co jeszcze. Ale z Kecap Pedas (ostro-słodki sos sojowy) smakowało wybornie :)
W przerwach między posiłkami zagryzaliśmy tradycyjnie orzeszkami, czekoladą i lodami.
Gdzie by tu... - kiedy już byliśmy tak najedzeni, że łatwiej nam się było toczyć niż chodzić, padło pytanie - no to gdzie idziemy na kawę? Po dłuższej dyskusji wyszło na to, że wszędzie już byliśmy i w całej Jogjy nie ma ani jednego ciekawego miejsca, gdzie moglibyśmy posiedzieć (przypominam, że nadal znajdujemy się w kraju, który jest jednym z głównych eksporterów kawy, i gdzie co drugi człowiek prowadzi restaurację, kawiarnię albo przynajmniej wózek z przekąskami). I tak przez 3 godziny zastanawialiśmy się gdzie by tu aż skończyliśmy w...
Włoskiej kawiarni - gdzie kawa jest może i dobra ale droższa chyba niż we Włoszech, o lodach nie wspominając - jedna kulka 10tys.

Różnica między nami - europejczykami a nimi - Indonezyjczykami jest więc zasadnicza. My przyjaźnimy się z nimi w nadziei na poznanie prawdziwej Azji, oni tymczasem szukają wszystkiego, co związane z bule (białymi ludźmi). Jedni i drudzy chcą egzotyki nie doceniając tego, co mają na co dzień.
Dobrze, że przynajmniej jedzenie kochają  tak bardzo, że oprócz fast foodów zawsze znajdą miejsce na swoje tradycyjne przysmaki i owoce morza :)