Coś na któryś z długich, zimowych wieczorów - pojawiła się zapowiedź filmu, w którym miałam okazję zagrać :)
Producenci postanowili w trailerze nie pokazywać najlepszych ujęć, więc póki co musicie mi wierzyć na słowo, że tam jestem (choć momentami widać gdzieś tam w tle zakonnice - to ja :). Ale już 7 czerwca (akurat na moje urodziny!) film wchodzi do kin i mam nadzieję, że wkrótce potem uda mi się go zdobyć w całości.
Oto on: SOEGIJA, najbardziej oczekiwany film indonezyjski ostatnich lat, w reżyserii Garin Nugroho, najlepszego indonezyjskiego reżysera (znany m.in. z filmu "Opera Jawa", 2008), z gwiazdorską (oczywiście!) obsadą.
Przy okazji pozdrawiam z lotniska w Manili gdzie tak, jak tydzień temu spędzamy noc między przylotem a wylotem. Za sobą mamy tydzień ciężkiej pracy nad złotą opalenizną na Filipinach, przed sobą kilkudniowy pobyt w Singapurze. W międzyczasie jeszcze kilka lotów i całkiem sporo godzin spędzonych na lotniskach, dworcach i kanapach dobrych ludzi, którzy nas przenocują. No i parę ciekawych przygód mam nadzieję!
to TU to TAM
Ale częściej tam. Bo życie jest dynamiczne, co będzie to będzie, a im gorzej tym lepiej :)
środa, 22 lutego 2012
sobota, 18 lutego 2012
czwartek, 9 lutego 2012
Czas na wczasy! :)
Po czterech długich i męczących miesiącach w Indonezji należy się wreszcie urlop! :)
I choć tydzień temu wreszcie, po czterech miesiącach (!) dostałam KITAS (pozwolenie na tymczasowy pobyt, ważne pół roku), to nawet nie zdążyłam go zobaczyć, bo już w toku była procedura zamykania go, żebym mogła pojechać za granicę... Bo nic tu nie może być proste i żeby opuścić Indonezję, trzeba mieć specjalne pozwolenie, zapłacić tu i tam, nachodzić się, a jak już wreszcie dostanie się upragniony papier - wyjechać w ciągu tygodnia.
Od wczoraj, dzięki tej wysoko rozwiniętej, indonezyjskiej biurokracji mój paszport, bogatszy o kilkanaście pieczątek, naklejek i podpisów, znów jest w moich rękach :)
Jutro wieczorem jadę do Surabaya, w sobotę rano lot do Kuala Lumpur, gdzie spędzę kilka dni a potem już prosto na Filipiny! Plaże, słońce, kwiaty, piękne widoki, zresztą sami wiecie... Wracam do Jogjy 27.II. zahaczając po drodze na kilka dni o Singapur. Przez najbliższe trzy tygodnie dostęp do internetu będę więc miała co najmniej ograniczony.
A zaraz po powrocie mknę do Jakarty zgarnąć Annę i zacznie się mój ostatni (oby najlepszy!) miesiąc tutaj. Dzisiaj już zaczynam się pakować, jutro wyprowadzam się z domu (znów będę bezdomna... taki już chyba mój los ;) i od tej pory będę biegać i obijać się po świecie, więc kontakt ze mną może być trudniejszy.
Właśnie kupiłam też ostatnią część biletu do Polski, więc zgodnie z planem, w ramach dowcipu na Prima Aprilis, 1 kwietnia o 13:45 powinnam być na Okęciu! Wypatrujcie mnie, przylecę razem z wiosną :)
Wiem, że w Polsce mrozy, będę więc o Was ciepło myśleć, a Wy jak zmarzniecie pomyślcie sobie o Indonezyjskim słońcu i przejrzyjcie upalne zdjęcia, od razu Wam się zrobi lepiej :)
Hmm... brzmi trochę jakby to już był koniec, a przecież przede mną jeszcze prawie 2 cudowne miesiące!!
To tymczasem ;)
I choć tydzień temu wreszcie, po czterech miesiącach (!) dostałam KITAS (pozwolenie na tymczasowy pobyt, ważne pół roku), to nawet nie zdążyłam go zobaczyć, bo już w toku była procedura zamykania go, żebym mogła pojechać za granicę... Bo nic tu nie może być proste i żeby opuścić Indonezję, trzeba mieć specjalne pozwolenie, zapłacić tu i tam, nachodzić się, a jak już wreszcie dostanie się upragniony papier - wyjechać w ciągu tygodnia.
Od wczoraj, dzięki tej wysoko rozwiniętej, indonezyjskiej biurokracji mój paszport, bogatszy o kilkanaście pieczątek, naklejek i podpisów, znów jest w moich rękach :)
Jutro wieczorem jadę do Surabaya, w sobotę rano lot do Kuala Lumpur, gdzie spędzę kilka dni a potem już prosto na Filipiny! Plaże, słońce, kwiaty, piękne widoki, zresztą sami wiecie... Wracam do Jogjy 27.II. zahaczając po drodze na kilka dni o Singapur. Przez najbliższe trzy tygodnie dostęp do internetu będę więc miała co najmniej ograniczony.
A zaraz po powrocie mknę do Jakarty zgarnąć Annę i zacznie się mój ostatni (oby najlepszy!) miesiąc tutaj. Dzisiaj już zaczynam się pakować, jutro wyprowadzam się z domu (znów będę bezdomna... taki już chyba mój los ;) i od tej pory będę biegać i obijać się po świecie, więc kontakt ze mną może być trudniejszy.
Właśnie kupiłam też ostatnią część biletu do Polski, więc zgodnie z planem, w ramach dowcipu na Prima Aprilis, 1 kwietnia o 13:45 powinnam być na Okęciu! Wypatrujcie mnie, przylecę razem z wiosną :)
Wiem, że w Polsce mrozy, będę więc o Was ciepło myśleć, a Wy jak zmarzniecie pomyślcie sobie o Indonezyjskim słońcu i przejrzyjcie upalne zdjęcia, od razu Wam się zrobi lepiej :)
Hmm... brzmi trochę jakby to już był koniec, a przecież przede mną jeszcze prawie 2 cudowne miesiące!!
To tymczasem ;)
niedziela, 5 lutego 2012
Dieng Plateau
Tydzień temu, korzystając z ostatniego wspólnego weekendu (Krysia i Ela wyjechały w czwartek) ruszyłyśmy się w końcu do jednego z najpiękniejszych podobno miejsc na Jawie. Przez Couchsufring znalazłyśmy nocleg w Wonosobo - miasteczku oddalonym zaledwie 3h drogi autobusem od Jogjy i godzine od wsi Dieng.
Podróż minęła nadzwyczaj szybko i przyjemnie, głównie dlatego, że nigdzie nie musiałyśmy czekac na autobus. Nie wiedziałyśmy o której odjeżdża autobus do Magelangu, więc na wszelki wypadek byłyśmy na terminalu Jombor już o 7 rano. Jak tylko wysiadłyśmy z TransJogjy, od razu zgarnął nas pan wykrzukujący Magelang! Maegelang! (tylko z taką prędkością, że brzmiało to bardziej jak: Mglng! Mglng!). Rozkłady jazdy poza tym, że tu nie istnieją (a nawet jeśli, to nikt nie zwraca na nie uwagi), to nie są potrzebne. Jak przyjeżdża jakiś autobus, już z daleka słychać pana, zazwyczaj wiszącego na zewnątrz autobusu i krzyczącego nazwę miejsca docelowego. Nie ma szans się pomylić :)
My, jako Bule, więc na pewno bardzo zagubione turystki mamy do tego specjalne względy. Kiedy tylko wysiadamy z autobusu, jesteśmy ze wszystkich stron atakowane pytaniem: Mau ke mana? (Dokąd chcecie jechać?) i zaraz pomocni ludzie znajdują dla nas odpowiedni środek transportu na dalszą podróż.
Tak było i tym razem. W Magelangu czekał na nas bezpośredni już autobus do Wonosobo, gdzie mieszkają najprzyjaźniejsi chyba ludzie, jakich do tej pory spotkałam w Indonezji.
Wszyscy strasznie chcieli, żebyśmy właśnie w ich warungu wypiły kawę, a kiedy w końcu usiadłyśmy w jednym z nich, tłumaczyli sobie na wzajem o co nam właściwie chodzi. Zamówiłyśmy kawę jak zwykle po indonezyjsku (uf, chociaż tyle już umiemy ;), co wcale nie przeszkadzało tubylcom próbować odpowiadać nam po angielsku, tłumaczyć to na indonezyjski i po pięć razy powtarzać nasze zamówienie. Ja natomiast tak ich zaskoczyłam, prosząc o czarną kawę, bez cukru, że przez dobrych parę minut dyskutowali między sobą mniej więcej tak:
- kopi (kawa).
- kopi hitam! (czarna kawa).
- kopi hitam?
- ya, hitam (tak, czarna).
Ja na to, gwoli przypomnienia: tanpa gula (bez cukru).
- tanpa gula?! (to dla nich dość niewiarygodne...)
- tanpa gula...
- tanpa gula!
- kopi hitam tanpa gula... (tonem, jakby w ogóle nie wierzyli w istnienie czegoś takiego).
Do tego zaciągali z jawajska przedłużając wszystkie końcówki, także tysiąc brzmiał jak "seribuuu" a sok z guawy "jus jambuuuuuuuuu". Uśmiechali się przy tym uroczo, podczas gdy my prawie leżałyśmy na ziemi ze śmiechu. Ostatecznie jednak każdy dostał, co chciał, a ponieważ byliśmy już prawie bliskimi przyjaciółmi zaczęto sobie z nami robić zdjęcia.
Jako, że nasz host mieszkał poza miastem, musiałyśmy podjechać jeszcze dwoma miejscowymi busikami i przesiąść się w okolicy targu.
Na którym specjalnością okazały się być martwe kurczaki...
Wciśnięto nas do żółtego Angkot (rodzaj mikrobusika) tak, żeby nie marnować miejsca. Oznaczało to 23 osoby, w tym 6 dzieci i 3 mężczyzn "zwisających" na zewnątrz (miejsc siedzących w środku jest dla 8 osób). I mimo, że moje stopy wisiały w powietrzu a kolana były miażdżone przez sąsiadów, to w środku było jeszcze sporo miejsca na różnego rodzaju pakunki. Czyli prawdziwie po azjatycku.
Dotarłyśmy do domu Hary'ego i jego rodziny (mają z żoną trójkę dzieci) w porze lunchu. Na pytanie o najbliższy warung, gdzie mogłybyśmy zjeść odpowiedzieli, że oczywiście obiad już na nas czeka. I tak to się zaczęło...
Dostałyśmy w ich pięknym domu osobny pokój, z podłogą wyłożoną materacami, trzy posiłki dziennie (a pani domu gotowała wyśmienicie!) a do tego jeszcze tu kawa, tam ciasteczka, banany cieście albo i naleśniki z czekoladą. Hary załatwił nam też wypożyczenie skuterów na następny dzień, powiedział gdzie, co i jak i wydrukował mapę okolicy. To się nazywa indonezyjska gościnność!
Jedyne, do czego wciąż nie możemy się przyzwyczaić to indonezyjski zwyczaj, że goście jedzą pierwsi, gospodarze dopiero potem. Nigdy nie siada się do stołu razem, dlatego grzecznie jest nie wyjeść z garnków wszystkiego pamiętając, że musi jeszcze starczyć dla całej rodziny.
Najedzeni wyszliśmy zobaczyć okolicę - miasto, pola ryżowe wokół i szkołę językową Hary'ego, w której poproszono nas o poprowadzenie konwersacji po angielsku z dziećmi (choć były tak zaaferowane naszą wizytą, że na dłuższą chwilę odjęło im mowę).
Wieczorem, kiedy zrobiło się przyjemnie chłodno (bo Wonosobo położone jest już dość wysoko) udało nam się jeszcze wykąpać w gorących źródłach.
A następnego dnia z rana (po obfitym śniadaniu oczywiście!), na pożyczonych skuterach ruszyłyśmy na Dieng Plateau, położone ponad 2000 m.n.p.m., zobaczyć kolorowe jeziora, dymiący krater i najstarsze świątynie na Jawie.
[I tu następuje wytwór naszej z Kasią chorej wyobraźni, czyli historia z Owcą, opisana w osobnym poście :)]
Droga w górę była długa i trudna głównie dlatego, że oszałamiające widoki kazały się co chwilę zatrzymywać a sama jazda na skuterze sprawiała chyba większą radochę niż wszystko, co zobaczyłyśmy na miejscu. Wcale nam się więc nie spieszyło z dotarciem do celu. I po znów z przkrością muszę stwierdzić, że żadne zdjęcia nie oddadzą tego, jak to wygląda naprawdę.
Chyba trafiłyśmy na porę oprysków, bo pryskali wszystko i wszędzie, aż się boję myśleć jak bardzo zabójczymi środkami. To by było na tyle, jeśli chodzi o zdrową żywność w Indonezji...
Dzieci z dredami - zagadkowa sprawa. Niektórym dzieciom na Dieng Plateau, kiedy rosną im włosy, same robią się dredy. Jest to oczywiście oznaką specjalnych mocy i przychylności bogów i nie zostało naukowo wyjaśnione. W pewnym wieku te "specjalne" dzieci biorą udział w ceremonii, podczas której obcina im się włosy. Odrastają już normalne. Ile w tym prawdy a ile tylko zaniedbania nie wiem, ale dzieci z dredami rzeczywiście tam są i nie widziałam ich nigdzie indziej.
A koło jeziorek prawie jak na Krupówkach! Podstawową pamiątką jest gruba czapka, no w ostateczności szalik, a miejscowi chodzą w kożuchach i gumofilcach. Na ich usprawiedliwienie dodam, że było naprawdę zimno - chyba poniżej 20 stopni! ;) Jeździłyśmy w bluzach, polarach i zawinięte w sarongi a i tak nas przewiało...
Udało nam się dojechać aż do najwyżej położonej wioski na Jawie - Sembungan (ok. 2300m.n.p.m.). Zagubiona pośród gór, na samym końcu dziurawej drogi, położona nad jeziorem jest naprawdę malownicza.
Podobno to bardzo bogata wieś a to dlatego, że specjalizuje się w... hodowli ziemniaków, które eksportuje chyba na cały kraj. Kto by pomyślał, że to takie dochodowe zajęcie...
Główną atrakcją Dieng Plateau jest Gunung Dieng, czyli wciąż aktywny wulkan o co najmniej kilku kraterach. W największym z nich dymi się bez przerwy, ziemia jest rozgrzana i można podziwiać bulgoczące, siarkowe, gorące źródła - wygląda to jak wielka, szara, gotująca się zupa. A z tej szarej, siarkowej zupy, między żółtymi, siarkowymi skałami wypływają szare, siarkowe strumienie.
Ostatnim miejscem, które widziałyśmy był kompleks najstarszych na jawie świątyń hinduskich (VIII w.) - z 400 jakie pierwotnie tu staly zostało już tylko 8.
Podróż minęła nadzwyczaj szybko i przyjemnie, głównie dlatego, że nigdzie nie musiałyśmy czekac na autobus. Nie wiedziałyśmy o której odjeżdża autobus do Magelangu, więc na wszelki wypadek byłyśmy na terminalu Jombor już o 7 rano. Jak tylko wysiadłyśmy z TransJogjy, od razu zgarnął nas pan wykrzukujący Magelang! Maegelang! (tylko z taką prędkością, że brzmiało to bardziej jak: Mglng! Mglng!). Rozkłady jazdy poza tym, że tu nie istnieją (a nawet jeśli, to nikt nie zwraca na nie uwagi), to nie są potrzebne. Jak przyjeżdża jakiś autobus, już z daleka słychać pana, zazwyczaj wiszącego na zewnątrz autobusu i krzyczącego nazwę miejsca docelowego. Nie ma szans się pomylić :)
My, jako Bule, więc na pewno bardzo zagubione turystki mamy do tego specjalne względy. Kiedy tylko wysiadamy z autobusu, jesteśmy ze wszystkich stron atakowane pytaniem: Mau ke mana? (Dokąd chcecie jechać?) i zaraz pomocni ludzie znajdują dla nas odpowiedni środek transportu na dalszą podróż.
Tak było i tym razem. W Magelangu czekał na nas bezpośredni już autobus do Wonosobo, gdzie mieszkają najprzyjaźniejsi chyba ludzie, jakich do tej pory spotkałam w Indonezji.
Wszyscy strasznie chcieli, żebyśmy właśnie w ich warungu wypiły kawę, a kiedy w końcu usiadłyśmy w jednym z nich, tłumaczyli sobie na wzajem o co nam właściwie chodzi. Zamówiłyśmy kawę jak zwykle po indonezyjsku (uf, chociaż tyle już umiemy ;), co wcale nie przeszkadzało tubylcom próbować odpowiadać nam po angielsku, tłumaczyć to na indonezyjski i po pięć razy powtarzać nasze zamówienie. Ja natomiast tak ich zaskoczyłam, prosząc o czarną kawę, bez cukru, że przez dobrych parę minut dyskutowali między sobą mniej więcej tak:
- kopi (kawa).
- kopi hitam! (czarna kawa).
- kopi hitam?
- ya, hitam (tak, czarna).
Ja na to, gwoli przypomnienia: tanpa gula (bez cukru).
- tanpa gula?! (to dla nich dość niewiarygodne...)
- tanpa gula...
- tanpa gula!
- kopi hitam tanpa gula... (tonem, jakby w ogóle nie wierzyli w istnienie czegoś takiego).
Do tego zaciągali z jawajska przedłużając wszystkie końcówki, także tysiąc brzmiał jak "seribuuu" a sok z guawy "jus jambuuuuuuuuu". Uśmiechali się przy tym uroczo, podczas gdy my prawie leżałyśmy na ziemi ze śmiechu. Ostatecznie jednak każdy dostał, co chciał, a ponieważ byliśmy już prawie bliskimi przyjaciółmi zaczęto sobie z nami robić zdjęcia.
| Ta pani też nie wierzy w czarną kawę bez cukru. Ale ubrała się pod kolor leżących przed nią placuszków z warzywami i ryżowych przekąsek zawiniętych w liście bananowca. |
| Autorka przepysznego "jus jambuuu", za "dua ribuuu" |
Na którym specjalnością okazały się być martwe kurczaki...
Wciśnięto nas do żółtego Angkot (rodzaj mikrobusika) tak, żeby nie marnować miejsca. Oznaczało to 23 osoby, w tym 6 dzieci i 3 mężczyzn "zwisających" na zewnątrz (miejsc siedzących w środku jest dla 8 osób). I mimo, że moje stopy wisiały w powietrzu a kolana były miażdżone przez sąsiadów, to w środku było jeszcze sporo miejsca na różnego rodzaju pakunki. Czyli prawdziwie po azjatycku.
| Fot. Krysia S. |
Dostałyśmy w ich pięknym domu osobny pokój, z podłogą wyłożoną materacami, trzy posiłki dziennie (a pani domu gotowała wyśmienicie!) a do tego jeszcze tu kawa, tam ciasteczka, banany cieście albo i naleśniki z czekoladą. Hary załatwił nam też wypożyczenie skuterów na następny dzień, powiedział gdzie, co i jak i wydrukował mapę okolicy. To się nazywa indonezyjska gościnność!
Jedyne, do czego wciąż nie możemy się przyzwyczaić to indonezyjski zwyczaj, że goście jedzą pierwsi, gospodarze dopiero potem. Nigdy nie siada się do stołu razem, dlatego grzecznie jest nie wyjeść z garnków wszystkiego pamiętając, że musi jeszcze starczyć dla całej rodziny.
Najedzeni wyszliśmy zobaczyć okolicę - miasto, pola ryżowe wokół i szkołę językową Hary'ego, w której poproszono nas o poprowadzenie konwersacji po angielsku z dziećmi (choć były tak zaaferowane naszą wizytą, że na dłuższą chwilę odjęło im mowę).
| Duch w biały dzień! Czyli pani ubrana do modlitwy. |
| Kto z Was nie chciałby mieć TAKIEGO autobusa?! A podobno dzieci w Indonezji są biedne... |
| Klasa w szkole językowej |
| Pola ryżowe... są zielone najzieleńszą zielenią świata! |
Wieczorem, kiedy zrobiło się przyjemnie chłodno (bo Wonosobo położone jest już dość wysoko) udało nam się jeszcze wykąpać w gorących źródłach.
A następnego dnia z rana (po obfitym śniadaniu oczywiście!), na pożyczonych skuterach ruszyłyśmy na Dieng Plateau, położone ponad 2000 m.n.p.m., zobaczyć kolorowe jeziora, dymiący krater i najstarsze świątynie na Jawie.
[I tu następuje wytwór naszej z Kasią chorej wyobraźni, czyli historia z Owcą, opisana w osobnym poście :)]
Droga w górę była długa i trudna głównie dlatego, że oszałamiające widoki kazały się co chwilę zatrzymywać a sama jazda na skuterze sprawiała chyba większą radochę niż wszystko, co zobaczyłyśmy na miejscu. Wcale nam się więc nie spieszyło z dotarciem do celu. I po znów z przkrością muszę stwierdzić, że żadne zdjęcia nie oddadzą tego, jak to wygląda naprawdę.
Chyba trafiłyśmy na porę oprysków, bo pryskali wszystko i wszędzie, aż się boję myśleć jak bardzo zabójczymi środkami. To by było na tyle, jeśli chodzi o zdrową żywność w Indonezji...
| Fot. Krysia S. |
| Meczet w górskiej wsi. |
| Kolorowe jeziora |
A koło jeziorek prawie jak na Krupówkach! Podstawową pamiątką jest gruba czapka, no w ostateczności szalik, a miejscowi chodzą w kożuchach i gumofilcach. Na ich usprawiedliwienie dodam, że było naprawdę zimno - chyba poniżej 20 stopni! ;) Jeździłyśmy w bluzach, polarach i zawinięte w sarongi a i tak nas przewiało...
Udało nam się dojechać aż do najwyżej położonej wioski na Jawie - Sembungan (ok. 2300m.n.p.m.). Zagubiona pośród gór, na samym końcu dziurawej drogi, położona nad jeziorem jest naprawdę malownicza.
Podobno to bardzo bogata wieś a to dlatego, że specjalizuje się w... hodowli ziemniaków, które eksportuje chyba na cały kraj. Kto by pomyślał, że to takie dochodowe zajęcie...
| Ziemniaki, pyry, kartofle... aż ślinka ciekła na sam widok, bo zjeść dobrego ziemniaka nie jest tu łatwo :) |
| A to krzak papryczki chili |
| Wnętrze krateru |
| Bulgocząca "zupa" |
| Strumyk |
| Siarka, której charakterystyczny zapach zgniłego jaja czuć w promieniu kilku kilometrów. |
| Na straganach w pobliżu kratery sprzedaje się oczywiście smażone ziemniaki (coś jak frytki, tylko znacznie lepsze) i wszelkiego rodzaju chrupki i chipsy do smażenia. |
Ostatnim miejscem, które widziałyśmy był kompleks najstarszych na jawie świątyń hinduskich (VIII w.) - z 400 jakie pierwotnie tu staly zostało już tylko 8.
| Dla biologów - przekrój poprzeczny przez...? |
sobota, 4 lutego 2012
W pogoni za Owcą!
Mkniemy sobie mkniemy pewnego razu drogą... Aż tu nagle widzimy przed sobą Pana z Owcą na skuterze! Owca darła się w niebogłosy, na pewno wzywając po owczemu pomocy, trzeba więc było ruszyć jej na ratunek!
Z dzikim okrzykiem "Owcooo! Trzymaj się, uratujemy cię!" dodałam gazu i ruszyłyśmy z Kasią w pogoń za oprawcą. Nie był to łatwy pościg, bo Pan z Owcą zdecydowanie miał większe doświadczenie ze skuterami i tamtejszymi drogami. Gnałyśmy ile sił w naszym czerwonym skuterze (cały czas dodając Owcy otuchy pokrzepiającymi okrzykami), aż nam prawie kaski z głów pospadały, i opracowywałyśmy metodę uwolnenia Owcy - Kasia miała w pełnym pędzie przeskoczyć na skuter porywacza, obezwładnić go i przejąć kontrolę).
I już już miałyśmy ich dogonić i zakończyć misję kiedy nagle i niespodziewanie... wyprzedziłyśmy ich robiąc po drodze tylko kilka zdjęć. Mam nadzieję, że opublikowanie ich w internecie poruszy środowiska owcze na całym świecie i nasza Owca zostanie ocalona!
| Przed nami Pan z Owcą Fot. Kasia W. |
Z dzikim okrzykiem "Owcooo! Trzymaj się, uratujemy cię!" dodałam gazu i ruszyłyśmy z Kasią w pogoń za oprawcą. Nie był to łatwy pościg, bo Pan z Owcą zdecydowanie miał większe doświadczenie ze skuterami i tamtejszymi drogami. Gnałyśmy ile sił w naszym czerwonym skuterze (cały czas dodając Owcy otuchy pokrzepiającymi okrzykami), aż nam prawie kaski z głów pospadały, i opracowywałyśmy metodę uwolnenia Owcy - Kasia miała w pełnym pędzie przeskoczyć na skuter porywacza, obezwładnić go i przejąć kontrolę).
I już już miałyśmy ich dogonić i zakończyć misję kiedy nagle i niespodziewanie... wyprzedziłyśmy ich robiąc po drodze tylko kilka zdjęć. Mam nadzieję, że opublikowanie ich w internecie poruszy środowiska owcze na całym świecie i nasza Owca zostanie ocalona!
| Fot. Kasia W. |
| Fot. Kasia W. |
Kaliurang i Solo
Szkoła się skończyła, przygoda z filmem się skończyła, chyba nawet pora deszczowa dobiega końca! Tak, teraz zajmuję się już tylko turystyką... I bardzo mi z tym dobrze :) Bo wychodzi na to, że jestem jednak podróżnikiem czynnym i siedzenie w jednym miejscu - nawet, jeśli to koniec świata - mi nie służy.
Pobyt na Bali wymusił na mnie naukę jazdy na skuterze, dzięki czemu mogę teraz wynająć ten cudowny środek transportu i dotrzeć w miejsca, które choć są całkiem blisko, do tej pory były zupełnie nieosiągalne.Byłam i zobaczyłam, więc należy się fotorelacja :)
Wycieczka 1. Kaliurang + Kota Gede
Kaliurang to wieś położona zupełnie niedaleko, bo tylko 20km od Jogjy, na malowniczych zboczach wulkanu Merapi.
W sobotę o 8:00 skutery zamówione dzień wcześniej już na nas czekały, nie pozostawało więc nic innego jak odpalić i ruszyć w drogę.
Ekipa wycieczkowa = 2 skutery + 2 kierowców [Ela i ja] + 2 pasażerów [Krysia i Kasia].
Widok na Merapi i zupełnie puste drogi zdecydowanie zachęcały do rozwijania szalonych prędkości (czasem nawet 50km/h!), dlatego skuter 2 z Krysią w roli fotografa szybko został w tyle.
| fot. Krysia S. |
Po godzinie jazdy w górę, dotarłyśmy do miejsca, gdzie już wyżej wjechać się nie dało, więc ruszyłyśmy w dżunglę piechotą.
Ścieżka doprowadziła nas do szeregu jaskiń wykutych w zboczu. Służyły one Japońskim żołnieżom jako schrony, podczas II wojny światowej a ich sieć ciągnęła się przez ok. 2km. W tej chwili zamieszkują je ogromne ilości nietoperzy...... a wejścia do nich strzegą stada małp :)
Ścieżka prowadziła przez dziką dżunglę niezły kawał w górę aż do miejsca, z którego musi być niesamowity widok na szczyt, jeśli tylko nie ma chmur :] Ale były, więc zdjęć nie ma, bo nie było warto.
W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się na obiad i popołudniową drzemkę w miłym warungu. Obok przerabiano świeże kokosy na wiórki (mają taką sprytną maszynkę do tego). Tak apetycznie to wyglądało, że na deser zachciało nam się kawałek takiego świeżego kokosa schrupać. Uprzejmie więc zapytałyśmy ile kosztuje taki kawałeczek. Pan obierający kokosy był tak zaskoczony (pytałyśmy po indonezyjsku), że dał nam kokosa w prezencie :) Coś przepysznego!
A po powrocie do Jogjy jako, że było jeszcze wcześnie i miałyśmy skutery, postanowiłyśmy odwiedzić naszą ulubioną dzielnicę miasta i najlepszą w niej kawiarenkę. Miejsce bardzo klimatyczne, z jawajskimi napisami na ścianach (m.in. apelującymi o zapinanie rowerów na klucz).
Skosztowałam tam przedziwnego napoju, który z wyglądu przypominał coca-colę, natomiast coś w smaku i zapachu kojarzyło mi się z ziołową maścią na rozgrzanie mięśni :) Na półce stało dużo pustyk butelek po tym specyfiku, stwierdziłam więc, że nie jestem pierwszą osobą, która to pije i może od tego nie umrę i dzielnie wysiorbałam do końca (sama, bo żadna z dziewczyn nie chciała się poczęstować...)
Oprócz dziwadeł mają tam też zupełnie zwykły Es Buah - mieszankę owoców i owocowych "żelków" w syropie, posypanych śniegiem. Część składników widać w słoikach poniżej.
Wycieczka 2. Solo
A właściwie jeszcze kawał drogi za Solo, z czego nie zdawałyśmy sobie do końca sprawy...
Wyjechałyśmy jeszcze wcześniej niż w sobotę, bo do samego Solo jest 65km. Wydaje Wam się, że to godzina drogi? Nie w Indonezji :) tu średnia prędkość w mieście to 20-30km/h, na trasie rozpędzałyśmy się czasem nawet do 60km/h ale tylko dlatego, że droga była wyjątkowo dobra, pogoda dopisała i ruch z okazji niedzielnego poranka prawie żaden. Także dojechałyśmy do miasta w 2h i wtedy okazało się, że te świątynie, co je chcemy zobaczyć to jeszcze co najmniej 25km...
Myślimy sobie - co to dla nas - pół godziny i jesteśmy! Ale nie w Indonezji :) Jak tylko skręciłyśmy z głównej trasy, droga zamieniła się w spiralę pnącą się stromo do góry. Nasze skutery, na pełnym gazie ledwo dawały radę. Modliłyśmy się tylko, żeby nie zaczęło padać, bo zjeżdżanie tą samą drogą w deszczu wydawało nam się nierealne... Za to widoki dookoła niesamowite! Pola ryżowe szybko ustąpiły miejsca plantacjom herbaty, które na łagodnych zboczach wyglądały przepięknie.
Po 5 godzinach od wyjazdu z Jogjy w końcu dotarłyśmy do pierwszego celu! Gdzieś tam wysoko w górach zorganizowano uroczy park wokół wodospadu, pełen orzeźwiających strumyczków i drzewiastych paproci.
| Fot. Kasia W. |
| Fot. Krysia S. |
A mimo to nas, wytrawne japońskie turystki zachwycił...
...pająk wielkości dłoni, który rozpiął sieć gdzieś pomiędzy rzeźbami
Dalsza droga, do świątyni Ceto, mimo nadciągających czarnych chmur była jeszcze piękniejsza. I od razu zaznaczę, że żadne z moich zdjęć nie oddaje nawet części tego piękna...
Świątynia Ceto (Candi Ceto) jest położona tak wysoko, że jeden z naszych skuterów nie dał rady i zaczął w pewnym momencie staczać się w dół mimo usilnych prób przekonania go, że na pełnym gazie to wypadałoby jechać do przodu :) Krysia musiała więc zsiąść i ostatni kawałek podejść, podczas gdy Ela powoli się wtaczała. I wtedy zaczął padać deszcz... W momencie, kiedy byłyśmy w najwyższym punkcie naszej wycieczki i miałyśmy przed sobą dobrą godzinę zjeżdżania stromymi serpentynami...
Póki co jednak zarzuciłyśmy na siebie pelerynki i twardo poszłyśmy zwiedzać. Candi Ceto przypomina stylem bardziej świątynie balijskie (i podobno im bardziej na wschód Jawy, tym więcej właśnie takich miejsc). Przed figurami bogów palą się kadzidła i składane są kwiaty, na najwyższym poziomie modliła się całkiem spora grupa wiernych.
Droga powrotna wyglądała już tak:
| fot. Kasia W. |
I upłynęła na zmianę w mrzawce, deszczu i dzikiej ulewie, dzięki czemu dotarłyśmy do domu wymęczone, zmarznięte i kompletnie mokre :)
Więcej zdjęć jak zwykle tu: nowe foty z Indonezji

