niedziela, 5 lutego 2012

Dieng Plateau

Tydzień temu, korzystając z ostatniego wspólnego weekendu (Krysia i Ela wyjechały w czwartek) ruszyłyśmy się w końcu do jednego z najpiękniejszych podobno miejsc na Jawie. Przez Couchsufring znalazłyśmy nocleg w Wonosobo - miasteczku oddalonym zaledwie 3h drogi autobusem od Jogjy i godzine od wsi Dieng.

Podróż minęła nadzwyczaj szybko i przyjemnie, głównie dlatego, że nigdzie nie musiałyśmy czekac na autobus. Nie wiedziałyśmy o której odjeżdża autobus do Magelangu, więc na wszelki wypadek byłyśmy na terminalu Jombor już o 7 rano. Jak tylko wysiadłyśmy z TransJogjy, od razu zgarnął nas pan wykrzukujący Magelang! Maegelang! (tylko z taką prędkością, że brzmiało to bardziej jak: Mglng! Mglng!). Rozkłady jazdy poza tym, że tu nie istnieją (a nawet jeśli, to nikt nie zwraca na nie uwagi), to nie są potrzebne. Jak przyjeżdża jakiś autobus, już z daleka słychać pana, zazwyczaj wiszącego na zewnątrz autobusu i krzyczącego nazwę miejsca docelowego. Nie ma szans się pomylić :)
My, jako Bule, więc na pewno bardzo zagubione turystki mamy do tego specjalne względy. Kiedy tylko wysiadamy z autobusu, jesteśmy ze wszystkich stron atakowane pytaniem: Mau ke mana? (Dokąd chcecie jechać?) i zaraz pomocni ludzie znajdują dla nas odpowiedni środek transportu na dalszą podróż.
Tak było i tym razem. W Magelangu czekał na nas bezpośredni już autobus do Wonosobo, gdzie mieszkają najprzyjaźniejsi chyba ludzie, jakich do tej pory spotkałam w Indonezji.



Wszyscy strasznie chcieli, żebyśmy właśnie w ich warungu wypiły kawę, a kiedy w końcu usiadłyśmy w jednym z nich, tłumaczyli sobie na wzajem o co nam właściwie chodzi. Zamówiłyśmy kawę jak zwykle po indonezyjsku (uf, chociaż tyle już umiemy ;), co wcale nie przeszkadzało tubylcom próbować odpowiadać nam po angielsku, tłumaczyć to na indonezyjski i po pięć razy powtarzać nasze zamówienie. Ja natomiast tak ich zaskoczyłam, prosząc o czarną kawę, bez cukru, że przez dobrych parę minut dyskutowali między sobą mniej więcej tak:
- kopi (kawa).
- kopi hitam! (czarna kawa).
- kopi hitam?
- ya, hitam (tak, czarna).
Ja na to, gwoli przypomnienia: tanpa gula (bez cukru).
- tanpa gula?! (to dla nich dość niewiarygodne...)
- tanpa gula...
- tanpa gula!
- kopi hitam tanpa gula... (tonem, jakby w ogóle nie wierzyli w istnienie czegoś takiego).
Do tego zaciągali z jawajska przedłużając wszystkie końcówki, także tysiąc brzmiał jak "seribuuu" a sok z guawy "jus jambuuuuuuuuu". Uśmiechali się przy tym uroczo, podczas gdy my prawie leżałyśmy na ziemi ze śmiechu. Ostatecznie jednak każdy dostał, co chciał, a ponieważ byliśmy już prawie bliskimi przyjaciółmi zaczęto sobie z nami robić zdjęcia.

Ta pani też nie wierzy w czarną kawę bez cukru. Ale ubrała się pod kolor leżących przed nią placuszków z warzywami i ryżowych przekąsek zawiniętych w liście bananowca.

Autorka przepysznego "jus jambuuu", za "dua ribuuu"
Jako, że nasz host mieszkał poza miastem, musiałyśmy podjechać jeszcze dwoma miejscowymi busikami i przesiąść się w okolicy targu.


Na którym specjalnością okazały się być martwe kurczaki...


Wciśnięto nas do żółtego Angkot (rodzaj mikrobusika) tak, żeby nie marnować miejsca. Oznaczało to 23 osoby, w tym 6 dzieci i 3 mężczyzn "zwisających" na zewnątrz (miejsc siedzących w środku jest dla 8 osób). I mimo, że moje stopy wisiały w powietrzu a kolana były miażdżone przez sąsiadów, to w środku było jeszcze sporo miejsca na różnego rodzaju pakunki. Czyli prawdziwie po azjatycku.




Fot. Krysia S.
Dotarłyśmy do domu Hary'ego i jego rodziny (mają z żoną trójkę dzieci) w porze lunchu. Na pytanie o najbliższy warung, gdzie mogłybyśmy zjeść odpowiedzieli, że oczywiście obiad już na nas czeka. I tak to się zaczęło...
Dostałyśmy w ich pięknym domu osobny pokój, z podłogą wyłożoną materacami, trzy posiłki dziennie (a pani domu gotowała wyśmienicie!) a do tego jeszcze tu kawa, tam ciasteczka, banany cieście albo i naleśniki z czekoladą. Hary załatwił nam też wypożyczenie skuterów na następny dzień, powiedział gdzie, co i jak i wydrukował mapę okolicy. To się nazywa indonezyjska gościnność!
Jedyne, do czego wciąż nie możemy się przyzwyczaić to indonezyjski zwyczaj, że goście jedzą pierwsi, gospodarze dopiero potem. Nigdy nie siada się do stołu razem, dlatego grzecznie jest nie wyjeść z garnków wszystkiego pamiętając, że musi jeszcze starczyć dla całej rodziny.

Najedzeni wyszliśmy zobaczyć okolicę - miasto, pola ryżowe wokół i szkołę językową Hary'ego, w której poproszono nas o poprowadzenie konwersacji po angielsku z dziećmi (choć były tak zaaferowane naszą wizytą, że na dłuższą chwilę odjęło im mowę).


Duch w biały dzień! Czyli pani ubrana do modlitwy.
Kto z Was nie chciałby mieć TAKIEGO autobusa?!
A podobno dzieci w Indonezji są biedne...


Klasa w szkole językowej
Pola ryżowe... są zielone najzieleńszą zielenią świata!





Wieczorem, kiedy zrobiło się przyjemnie chłodno (bo Wonosobo położone jest już dość wysoko) udało nam się jeszcze wykąpać w gorących źródłach.

A następnego dnia z rana (po obfitym śniadaniu oczywiście!), na pożyczonych skuterach ruszyłyśmy na Dieng Plateau, położone ponad 2000 m.n.p.m., zobaczyć kolorowe jeziora, dymiący krater i najstarsze świątynie na Jawie.



[I tu następuje wytwór naszej z Kasią chorej wyobraźni, czyli historia z Owcą, opisana w osobnym poście :)]

Droga w górę była długa i trudna głównie dlatego, że oszałamiające widoki kazały się co chwilę zatrzymywać a sama jazda na skuterze sprawiała chyba większą radochę niż wszystko, co zobaczyłyśmy na miejscu. Wcale nam się więc nie spieszyło z dotarciem do celu. I po znów z przkrością muszę stwierdzić, że żadne zdjęcia nie oddadzą tego, jak to wygląda naprawdę.




Chyba trafiłyśmy na porę oprysków, bo pryskali wszystko i wszędzie, aż się boję myśleć jak bardzo zabójczymi środkami. To by było na tyle, jeśli chodzi o zdrową żywność w Indonezji...



Fot. Krysia S.

Meczet w górskiej wsi.
Dzieci z dredami - zagadkowa sprawa. Niektórym dzieciom na Dieng Plateau, kiedy rosną im włosy, same robią się dredy. Jest to oczywiście oznaką specjalnych mocy i przychylności bogów i nie zostało naukowo wyjaśnione. W pewnym wieku te "specjalne" dzieci biorą udział w ceremonii, podczas której obcina im się włosy. Odrastają już normalne. Ile w tym prawdy a ile tylko zaniedbania nie wiem, ale dzieci z dredami rzeczywiście tam są i nie widziałam ich nigdzie indziej.


Kolorowe jeziora

A koło jeziorek prawie jak na Krupówkach! Podstawową pamiątką jest gruba czapka, no w ostateczności szalik, a miejscowi chodzą w kożuchach i gumofilcach. Na ich usprawiedliwienie dodam, że było naprawdę zimno - chyba poniżej 20 stopni! ;) Jeździłyśmy w bluzach, polarach i zawinięte w sarongi a i tak nas przewiało...


Udało nam się dojechać aż do najwyżej położonej wioski na Jawie - Sembungan (ok. 2300m.n.p.m.). Zagubiona pośród gór, na samym końcu dziurawej drogi, położona nad jeziorem jest naprawdę malownicza.


Podobno to bardzo bogata wieś a to dlatego, że specjalizuje się w... hodowli ziemniaków, które eksportuje chyba na cały kraj. Kto by pomyślał, że to takie dochodowe zajęcie...


Ziemniaki, pyry, kartofle... aż ślinka ciekła na sam widok, bo zjeść dobrego ziemniaka nie jest tu łatwo :)

A to krzak papryczki chili
Główną atrakcją Dieng Plateau jest Gunung Dieng, czyli wciąż aktywny wulkan o co najmniej kilku kraterach. W największym z nich dymi się bez przerwy, ziemia jest rozgrzana i można podziwiać bulgoczące, siarkowe, gorące źródła - wygląda to jak wielka, szara, gotująca się zupa. A z tej szarej, siarkowej zupy, między żółtymi, siarkowymi skałami wypływają szare, siarkowe strumienie.
Wnętrze krateru
Bulgocząca "zupa"

Strumyk

Siarka, której charakterystyczny zapach zgniłego jaja czuć w promieniu kilku kilometrów.

Na straganach w pobliżu kratery sprzedaje się oczywiście smażone ziemniaki (coś jak frytki, tylko znacznie lepsze) i wszelkiego rodzaju chrupki i chipsy do smażenia.

Ostatnim miejscem, które widziałyśmy był kompleks najstarszych na jawie świątyń hinduskich (VIII w.) - z 400 jakie pierwotnie tu staly zostało już tylko 8.




Szamię pyszne, kokosowe, chrupiące coś na ciepło - było naprawdę zimno!


Dla biologów - przekrój poprzeczny przez...?Dla nie-biologów - podstawka albo wazonik. 
A tak wyglądam po transformacji w Super Stycznika! I mogę ruszać ratować świat!


I na koniec widok z drogi powrotnej do Jogjy.



Jeszcze więcej zdjęć jak zwykle tu: jeszcze nowsze foty z Indonezji

3 komentarze:

Wanda pisze...

Styczniku, rzeczywiście wyglądasz jak super stycznik na skuterze :D (i jesteś ładnie opalona:)

a zagadka dla biologów- mi to przypomina gałke muszkatołową nieco-a co to jest na serio?

JA pisze...

A na serio to nie wiem co to, bo pan umiał tylko powiedzieć, że drewno (albo tylko tyle mogłam zrozumieć ;). Obstawiam paproć drzewiastą, bo taki dość prymitywny układ.

gorgan pisze...

Wow, mega podstawki! A czy Ty aby sobie obcięłaś włosy? (na tym zdjęciu, co szamiesz kokosowe małe co nieco)

Prześlij komentarz