Ścieżek jako takich co prawda nie ma, ale często skrajny, lewy pas jest przeznaczony dla rowerów i choć sporo w nim studzienek kanalizacyjnych i dziur, zawsze to jednak "swój kawałek drogi".
| No i samochody się czasem wpychają... |
Drugą rzeczą, która pozytywnie mnie zaskoczyła jest "ruang tunngu sepeda" - miejce oczekiwania dla rowerów, czyli kawałek jezdni przed linią zatrzymania dla samochodów i motorów, gdzie rowerzyści czekają na zielone światło. Bardzo ułatwia to start, no i nie trzeba stać między autobusem a ciężarówką z twarzą w spalinach motoru z przodu. Kolejne ułatwienie to system alternatywnych tras dla rowerów, łączących większe ulice. Co i rusz przy głównych drogach widać strzałki kierujące rowerzystów mniej ruchliwymi trasami, często "na skróty".
Ale jak to Azji bywa, ważniejsze od przepisów i obowiązujących praw są zasady niepisane, których nie da się nauczyć inaczej, niż przez doświadczenie. I tak, po 4 miesiącach przemierzania Jogjy na rowerze uważam, że zupełnie nieźle opanowałam jazdę po azjatycku.
Najważniejsza zasada to: patrz przed siebie i pilnuj tego, co z przodu. Lusterek mało kto używa, wszystko polega na zaufaniu do jadących z tyłu. A jak w tym dzikim tłumie zmienić pas albo skręcić w prawo? Po prostu - wyciągasz rękę (w bogatszej wersji włączasz kierunkowskaz, choć ręka zawsze jest pewniejsza) i jedziesz wierząc, że ci, co jadą za tobą zrobią ci miejsce - i rzeczywiście to działa!
Potrafię już rozróżnić dźwięk klaksonu mówiący "gdzie jedziesz idioto!" od zwykłego "uważaj, wyprzedzam cię" czy uprzejmego "co z tego, że jeszcze czerwone, możesz już jechać" :). Niby tyle tu trąbią ale raczej nie zdarza się, żeby kierowcy się pokłócili, klaksony to ich sposób komunikacji na drodze, uprzejmy i uważam, że bardzo przydatny.
Do perfekcji opanowałam też prześlizgiwanie się w pomiędzy samochodami, omijanie korka chodnikiem czy jazdę pod prąd (bo czasem to najprostsze wyjście).
Umiem też jednocześnie pilnować drogi, uważać, żeby w kogoś nie wjechać, podziwiać widoki (a jadąc z południa na północ naprawdę pięknie widać wulkan Merapi!) i szukać przyjemnego miejsca na lunch a nawet robić zdjęcia. A wszystko to z kierownicą obwieszoną zakupami.
Myślę, że po powrocie do Polski ruch uliczny przestanie dla mnie stanowić jakikolwiek problem ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz