piątek, 20 stycznia 2012

Jogja na rowerze

Wbrew temu, co by się mogło wydawać (ja przynajmniej ruszając po raz pierwszy na rowerze przez to ruchliwe, azjatyckie miasto byłam lekko przerażona), Jogja jest całkiem przyjazna rowerzystom. Śmiem twierdzić, że bardziej niż np. Warszawa, choć nikt tu nie walczy o budowę ścieżek rowerowych.

Ścieżek jako takich co prawda nie ma, ale często skrajny, lewy pas jest przeznaczony dla rowerów i choć sporo w nim studzienek kanalizacyjnych i dziur, zawsze to jednak "swój kawałek drogi".
No i samochody się czasem wpychają...

Drugą rzeczą, która pozytywnie mnie zaskoczyła jest "ruang tunngu sepeda" - miejce oczekiwania dla rowerów, czyli kawałek jezdni przed linią zatrzymania dla samochodów i motorów, gdzie rowerzyści czekają na zielone światło. Bardzo ułatwia to start, no i nie trzeba stać między autobusem a ciężarówką z twarzą w spalinach motoru z przodu. Kolejne ułatwienie to system alternatywnych tras dla rowerów, łączących większe ulice. Co i rusz przy głównych drogach widać strzałki kierujące rowerzystów mniej ruchliwymi trasami, często "na skróty".

Ale jak to Azji bywa, ważniejsze od przepisów i obowiązujących praw są zasady niepisane, których nie da się nauczyć inaczej, niż przez doświadczenie. I tak, po 4 miesiącach przemierzania Jogjy na rowerze uważam, że zupełnie nieźle opanowałam jazdę po azjatycku.

Najważniejsza zasada to: patrz przed siebie i pilnuj tego, co z przodu. Lusterek mało kto używa, wszystko polega na zaufaniu do jadących z tyłu. A jak w tym dzikim tłumie zmienić pas albo skręcić w prawo? Po prostu - wyciągasz rękę (w bogatszej wersji włączasz kierunkowskaz, choć ręka zawsze jest pewniejsza) i jedziesz wierząc, że ci, co jadą za tobą zrobią ci miejsce - i rzeczywiście to działa!

Potrafię już rozróżnić dźwięk klaksonu mówiący "gdzie jedziesz idioto!" od zwykłego "uważaj, wyprzedzam cię" czy uprzejmego "co z tego, że jeszcze czerwone, możesz już jechać" :). Niby tyle tu trąbią ale raczej nie zdarza się, żeby kierowcy się pokłócili, klaksony to ich sposób komunikacji na drodze, uprzejmy i uważam, że bardzo przydatny.

Do perfekcji opanowałam też prześlizgiwanie się w pomiędzy samochodami, omijanie korka chodnikiem czy jazdę pod prąd (bo czasem to najprostsze wyjście).
Umiem też jednocześnie pilnować drogi, uważać, żeby w kogoś nie wjechać, podziwiać widoki (a jadąc z południa na północ naprawdę pięknie widać wulkan Merapi!) i szukać przyjemnego miejsca na lunch a nawet robić zdjęcia. A wszystko to z kierownicą obwieszoną zakupami.

Myślę, że po powrocie do Polski ruch uliczny przestanie dla mnie stanowić jakikolwiek problem ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz