Posta pisałam na statku Sumbawa - Flores wczoraj po południu, wrzucam w takiej formie, w jakiej powstał:
No i stało się - utknęłam na końcu świata, wśród tłumów z maczetami, tuż przed świętami, po 30h podróży w bardzo "indonezyjskich" warunkach. Mrożąca krew w żyłach przygoda, godna opisania w książce, zaczęła się już w Denpasar (Bali). A miało być tak turystycznie, prosto i zupełnie nijako. Wykupiliśmy bilety na bezpośredni autobus Denpasar - Labuan Bajo (Flores) z wliczonymi promami pomiędzy wyspami. Cena wcale nie była niska, więc po wcześniejszych doświadczeniach spodziewaliśmy się klasy super executiv (tak zresztą się nasz autobus nazywał) z klimatyzacją, wygodnymi siedzeniami, DVD, posiłkami itp. - choć po trzech miesiącach w Indonezji powinniśmy już wiedzieć, że nie należy niczego oczekiwać!
Autobus miał wyruszyć o 3:00, spóźnił się 4h ale do tego już zdążyliśmy przywyknąć. Jechał z Jakarty, więc był praktycznie pełen, kazano nam poczekać, aż wysiądą ludzie ale jakoś nie wysiadali. Mimo to w końcu nas zaproszono do środka i wtedy wszystko stało się jasne (a powinniśmy się przynajmniej zdziwić, że udało nam się dostać 10 biletów jeszcze na ten sam dzień i, że można je było kupić u 5 różnych pośredników jednocześnie)... Autobus był pełen, miejsca dla nas znalazły się tylko dlatego, że 10 Indonezyjczyków wyproszono z miejsc i posadzono na skrzyniach, półkach i stołkach. Ponadto tak: trzy osoby siedziały razem na dwóch siedzeniach, na mnie lała się woda z sufitu a na kolanach leżały siedzenia z przodu, które nie były nawet przytwierdzone do podłogi. Siedzenie Kasi zwiększało stopień rozpadu za każdm razem, kiedy ktoś na nim stanął próbując przeskoczyć górę plecaków, bo nie zmieściły się do bagażnika. Wszyscy siedzieliśmy na końcu, obok toalety, więc atmosfera nie była zbyt zachęcająca. Klimatyzacja oczywiście nie działała, DVD chyba nigdy ten autobus nie widział. W takich warunkach miało spędzić najbliższe 36h 10 Polaków, z których większość właśnie się poznała.
| Bus klasy Super Executiv o dumnej nazwie "Świat Złota" - w środku nie wyglądał tak dobrze... |
Zaczyna się ciekawie? To dobrze, potem było już tylko gorzej :)
Po nocy spędzonej na dworcu większości z nas udało się przespać pierwszą część podróży (dojazd do portu i prom na Lombok). Potem czekała nas miła niespodzianka - bardzo marnej jakości i w niewielkich ilościach ale darmowy - posiłek. I nawet wodę dali do popicia ;] do tego gratis ponad godzinny postój na chłodzenie silnika (widocznie upał źle mu robi). Znów skakanie przez plecaki, znów raczej nieudane próby drzemki i znów wyskakiwanie i przeprawa kolejnym promem na Sumbawę. Tu zaczęła się najbardziej męcząca część drogi. A właściwie bezdroży, bo większość dróg na Sumbawie jest... w planach. Potworna niewygoda, woda kapiąca z sufitu wprost na mnie i niewyobrażalne wertepy nie pozwoliły mi zasnąć przez całą noc. Nad ranem okazało się, że choć to ciężka droga, widoki zapewnia przepiękne - Sumbawa jest chyba najładniejszą wyspą jak do tej pory a to przez dzikie ilości zieleni dookoła i pierwszy chyba odcinek drogi w Indonezji, który nie prowadził między rzędami domów, domków i chatynek tylko po prostu przez pola (ryżowe oczywiście). Do tego Sumbawa jest bardzo górzystą wyspą, więc ostre skały, głębokie doliny i tarasy ryżowe robiły naprawdę niesamowite wrażenie oświetlone wschodzącym słońcem.
Dotarliśmy do Bimy, gdzie wysiadła większa część pasażerów. Stąd już tylko dostać się do Sape, skąd 8h płynie się promem do Labuan Bajo i jesteśmy! Myśl o promie, gdzie można będzie się wreszcie położyć i jako tako umyć trzymała nas przy życiu już od dabrych paru godzin. Ale to Indonezja, więc nie może być przecież tak łatwo. Wysadzono nas z naszego "Super Executiv Bus" razem z bagażami i kazano wsiąść do lokalnego busika, gdzie bagaże jechały przywiązane na dachu a połowa z nas siedziała w niesamowitym ścisku na plastikowych stołkach pomiędzy siedzeniami a otwartymi drzwiami, za którymi przez większość drogi była już tylko kilkuset metrowa przepaść. Tak dojechaliśmy do portu w Sape, gdzie radośnie wyskoczyliśmy z autobusu wypatrując wymarzonego promu i ostatniego już etapu podróży.
| Lokalny bus Bima - Sape i nasze bagaże na dachu |
I tu czekała nas największa niespodzianka (jakże mogliśmy być tak naiwni, żeby oczekiwać, że wszystko pójdzie gładko po tym wszystkim przez co przeszliśmy?).
Promy na Flores zostały wstrzymane kilka dni temu, ze względu na zamieszki w porcie - powiedział pan ogarniacz w różowej koszuli - jak dopłacicie po 150tys. to mogę was zabrać łodzią rybacką (o względach bezpieczeństwa i łodzi wiozącej 400 nielegalnych emigrantów, która nie tak dawno zatonęła w tych okolicach to chyba nie słyszał, za to był bardzo dobrze wyćwiczony w robieniu ludzi w balona i wyciąganiu pieniędzy od białych).
Teraz czuliśmy się już naprawdę źli i oszukani po raz kolejny, bo nie wierzę, że pan w różowym nie wiedział o sytuacji w porcie. Udało nam się na szczęście odzyskać część (choć niewielką) pieniędzy po czym pożegnaliśmy pana mówiąc, że poradzimy sobie sami. Zwątpiliśmy, kiedy minęło nas kilka ciężarówek wypełnionych mężczyznami uzbrojonymi w maczety, długie noże i pałki. Przyjechali czekać na policję wysłaną przez rząd - mieli zmusić ich do porzucenia rodzinnej ziemi, bo odnaleziono w okolicy jakieś bogate złoża, które trzeba wykorzystać. Trzeba nam było się stamtąd zmyć.
Schowaliśmy się do pobliskiej restauracji, gdzie spotkaliśmy sporą grupę "bule" czekających na wznowienie kursowania promów już od trzech dni. Byli zdeterminowani, żeby w końcu się z Sumbawy wydostać, dlatego też już nieźle rozeznali możliwości. Jedna z łodzi transportujących cebulę i banany (tym razem porządna i wyposażona w kamizelki ratunkowe) miała odpływać jeszcze tego popołudnia. Cena nie była niska (200tys.) ale po przekalkulowaniu ile wydalibyśmy na hotel w oczekiwaniu na cud i z myślą o spędzeniu wigilii w porcie pełnym uzbrojonych mieszkańców szykujących się do bójki, zdecydowaliśmy się płynąć.
Statek miał odpływać dosłownie za parę minut a my tu jeszcze nie do końca spakowani (bo zdążyliśmy się zadomowić w hotelu) zaczęliśmy szaloną pogoń za jadyną szansą opuszczenia tego średnio przyjaznego miejsca. Dosłownie uciekając z hotelu kłóciliśmy się z obsługą, która zamknąwszy nas w środku żądała zapłaty za nocleg, jednocześnie łapaliśmy bryczki i przypadkowych ludzi na skuterach, żeby podrzucili nas do portu. Pan Hotelowy gonił za nami, krzycząc, że łódź już odpłynęła, i że chce pieniądze a my popędzaliśmy naszych kierowców, bojąc się, że nie zdążymy.
Na szczęście statek jeszcze stał (przecież to Indonezja, nic nie zaczyna się o czasie) a panu Statkowemu udało się załagodzić konflikt i przyjął nas na pokład.
Teraz siedzimy, leżymy, czytamy, piszemy, rozmawiamy, rozłożeni na słomie pomiędzy naszymi plecakami, workami z cebulą, bananami, kartonami pełnymi nie-wiem-czego i gdaczącymi kurami (przynajmniej mamy co jeść, jakby co ;). W sumie ponad 20 osób - poza nami Francuzi, Holendrzy, Belgowie i Anglicy, plus niewielki tłumek Indonezyjczyków.
Odetchnę z ulgą jak tylko uda mi się wreszcie wysiąść na Flores. Choć to nie będzie jeszcze koniec przygody, bo polski misjonarz, u którego mieliśmy nadzieję zatrzymać się na święta nie odpowiada na smsy, a po 22:00 może być ciężko ze znalezieniem noclegu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz