Jak wyszłam z domu w piątek po południu, tak wróciłam w sobotę w nocy.
W ciągu doby zaliczyłam:
Bilard - miejsce trochę jak z amerykańskiego filmu - duża, pusta sala, przyćmione światła, dym papierosowy w powietrzu i kilka stołów bilardowych na środku. Nikt z towarzystwa w zasadzie nie umie grać ale to nie istotne :)
Karaoke - trudno to sobie wyobrazić, ale mają tutaj specjalne miejsca - coś jak kino - gdzie wynajmują salę ze sprzętem i przez 2-3 godziny potrafią wyć do mikrofonu. Sala jest mała, klimatyzacja nastawiona na 16 stopni i nie da się jej zmniejszyć a głośniki ustawione na maximum, więc uszy bolą. No i jeszcze się za to płaci i to wcale nie tak mało. Byłam, doświadczyłam i więcej się nie dam namówić...
KFC - w kraju, w którym na każdej uliczce jest co najmniej kilka naprawdę tanich i dobrych ulicznych restauracyjek, oni postanowili zjeść obiad w KFC, gdzie ani smacznie ani tanio...
Włamanie - i to nie do mnie się włamano, tylko ja włamałam się do domu koleżanki u której mieliśmy nocować. Bo o dziwo o 2 w nocy brama była zamknięta a wszyscy w domu spali. Trzeba było więc przejść przez płot, wejść do domu, przedostać się do sypialni i koleżankę obudzić, żeby wpuściła resztę już trochę bardziej kulturalnie.
Plaża - jak plaża, nic specjalnego - piasek czarny, wiatr i fale takie, że o pływaniu nie ma mowy, sporo ludzi, jakieś stragany.
Ale był też bazar rybny. Kobiety sprzedawały tam chyba wszystko, co można wyłowić z morza! Ryby we wszystkich rodzajach i rozmiarach, małże, kalmary, ośmiorniczki, krewetki a nawet żywe jeszcze kraby. Dian z Rose nakupiły tych pyszności 4 siaty (było nas 12 osób) i zaniosły do plażowego warunga (restauracji), gdzie nam to wszystko przyrządzono. Śniadanie mistrzów :) Wszystkie owoce morza świeżutkie i przygowotwane bezbłędnie przez miejscowe kucharki. Po prostu palce lizać! I tak za 28tys. najedliśmy się po uszy. Najlepsze były chrupiące krewetki w cieście i ryby. Spróbowałam też kraba ale ta odrobina "mięska" nie była warta wysiłku jaki trzeba włożyć w wyłuskanie go z pancerza.
Dom Dian - już zawsze chyba będzie kojarzył mi się z jedzeniem :)
Znów gotowaliśmy, tym razem Pempek - tradycyjne danie z jej rodzinnego Palembangu (Sumatra). Są to kulki, wałki lub coś w rodzaju pierogów zrobione z masy, w której z całą pewnością były ryby i nie mam pojęcia co jeszcze. Ale z Kecap Pedas (ostro-słodki sos sojowy) smakowało wybornie :)
W przerwach między posiłkami zagryzaliśmy tradycyjnie orzeszkami, czekoladą i lodami.
Gdzie by tu... - kiedy już byliśmy tak najedzeni, że łatwiej nam się było toczyć niż chodzić, padło pytanie - no to gdzie idziemy na kawę? Po dłuższej dyskusji wyszło na to, że wszędzie już byliśmy i w całej Jogjy nie ma ani jednego ciekawego miejsca, gdzie moglibyśmy posiedzieć (przypominam, że nadal znajdujemy się w kraju, który jest jednym z głównych eksporterów kawy, i gdzie co drugi człowiek prowadzi restaurację, kawiarnię albo przynajmniej wózek z przekąskami). I tak przez 3 godziny zastanawialiśmy się gdzie by tu aż skończyliśmy w...
Włoskiej kawiarni - gdzie kawa jest może i dobra ale droższa chyba niż we Włoszech, o lodach nie wspominając - jedna kulka 10tys.
Różnica między nami - europejczykami a nimi - Indonezyjczykami jest więc zasadnicza. My przyjaźnimy się z nimi w nadziei na poznanie prawdziwej Azji, oni tymczasem szukają wszystkiego, co związane z bule (białymi ludźmi). Jedni i drudzy chcą egzotyki nie doceniając tego, co mają na co dzień.
Dobrze, że przynajmniej jedzenie kochają tak bardzo, że oprócz fast foodów zawsze znajdą miejsce na swoje tradycyjne przysmaki i owoce morza :)




1 komentarz:
Dori, bardzo fajny post- a podsumowanie różnic kulturowych- najlepsze :D
Prześlij komentarz